Tytuł: Rozbity Rubin
Gatunek: one shot, gotyckie, wampiry
Gatunek: one shot, gotyckie, wampiry
Ostrzeżenia: W sumie nie
ma tu nic takiego specjalnego, może troszeńkę krwi.
Od autora: Po raz
pierwszy pisałam z dwóch perspektyw. Nie wiem jak mi to wyszło,
nie mam pojęcia co mnie zainspirowało, ale miło od czasu do czasu
napisać czegoś ekscentrycznie mrocznego ^^ W sumie tak sobie
myślę, że na one shotach daleko nie zajdę, więc może wstawię
coś dłuższego podzielonego na parę części. I tak wiem wiem,
miał być azjatycki one shot, ale jakoś mnie tak naszło na
napisanie czegoś mrocznego. Wkrótce przestawiamy zegarki, będzie
trzeba godzinę wcześniej wstawać, dobijmy się krwawym opkiem O.O
Ah, wesołych świąt wam przede wszystkim życzę, kochani!
Wystarczy, że poczuję
twoją obecność a niezlęknionymi oczami koszmarów i wyobraźni
cię widzę. Twoje głębokie, pełne namiętności spojrzenie które
zgubiło tak wielu mężczyzn, którzy podążali za twym ideałem.
Krągłości delikatnego, pachnącego różami ciała, które
przywiera do mnie podczas pocałunku. Subtelne, pełne usta. Ile bym
zrobił aby móc je jeszcze raz spróbować.
Zjawiasz się tak
niespodziewanie. Niczym śnieg w lecie, sprawiasz, że temperatura w
pokoju momentalnie spada. Nie mogę cię ujrzeć, siedząc na łóżku
odwrócony w stronę okna, ale wiem że się uśmiechasz.
Niewzruszona idziesz kołysząc biodrami.
Boję się na ciebie
spojrzeć, więc unoszę wzrok w kierunku lśniącego bladym uczuciem
księżyca. Jego bijące światło oślepia oczy duszy, usypia
czujność. Jest zupełnie jak ty. Zostałem przez was osaczony,
wpadłem w pułapkę zwodzony waszym z pozoru niewinnym pięknem,
pozbawionym empatii.
Spuszczam głowę, nie
ucieknę spod dotyku twej lodowatej dłoni, twój przesiąknięty
wczesną śmiercią oddech sprawia, że utwardzają się mięśnie.
Tracę czucie nad moim ciałem i umysłem. Zbliżając się
sprawiasz, że zaczynają należeć do ciebie. Jedynie serce wybija
wciąż niespokojny rytm, czekając na twój ruch.
***
Widzę cię przez
uchylone drzwi. Jesteś tak blisko. Niczego nie świadomy siedzisz
pochylony na krawędzi łóżka i głęboko oddychasz. Twój zapach
jest otumaniający. Twoje poszarpane włosy, budowa silnego ciała
idealnego i spowitego chłodem niczym rzeźba z marmuru.
Twoja słodka krew. To
wszystko mnie do ciebie przyzywa. Nie mogę się dłużej oprzeć.
Wchodzę do środka.
Staram się poruszać
tak aby moje ruchy nie zostały spostrzeżone, ale wiem że ty się
zorientowałeś o mojej obecności. Domyślasz się po co przyszłam,
a ja chociaż staram się opanować nie wychodzi mi to. Jestem zbyt
blisko aby racjonalnie myśleć, aby odwrócić się i zostawić cię
bezpiecznego. Nie chcę cię krzywdzić, ale moje krwiożercza,
monstrualna natura się silniejsza. Jej pierwotny zew pcha mnie do
popełniania czynów za które przyjdzie mi zapłacić stąpając
otchłanią piekła.
Kiedy mój wzrok
odnajduję w ciemności twoje ciało skąpane światłem księżyca,
me zimne, nieczułe serce przyśpiesza. Zaciskam pięści, wbijając
w skórę długie, czarne paznokcie. Nie mogę tego zrobić, ale
twoja krew prowokuje moje ciało. Pragnienie wypala moje spierzchnięte gardło, czuję jak mój przełyk płonie. Podobnie jak żądza i
pożądanie.
Jestem taka słaba.
Jestem taka bezsilna.
Gdy
staję przy krawędzi łóżka przeszywa mnie dreszcz.
Spuszczasz
głowę, a ja ostrożnie, nie zważając na długą, czarną suknie,
zakradam się od tyłu. Twój jeszcze intensywniejszy zapach
doprowadza mnie do czystego szaleństwa. Istna słodycz prosząca się
o skosztowanie, pokusa namawiająca do popełnienia grzechu.
Lecz ty się mnie boisz. Boisz się tego co z tobą zrobię, a ja nie wiem
czy będę w stanie się opanować gdy zawładnie nade mną instynkt
nocnego łowcy. Głaszczę twoje ramię drżącą ręką, po to aby
wkrótce zdjąć marynarkę i odrzucić ją w kąt pokoju, aby pochłonęły ją cienie nocy. Upajam się
twoim jeszcze intensywniejszym zapachem, ale on nie daję mi
zaspokoić pragnienia. Podsyca tylko ogień który we mnie drzemie i
czeka aby wybuchnąć aby pochłonąć niewinne istnienia. Zbliżam
swoje usta do twojej szyi. Wyczuwam twój puls, słyszę bicie
twojego serca, ale twoja postawa, gładka twarz jest nieporuszona,
żaden twój mięsień nie drgnie, nie sprzeciwi się mi. Zupełnie
jak byś był lalką, a ja tym który pociąga za twoje sznurki.
Muskam
ustami twój blady policzek, nadal nie reagujesz. Odwiązuje krawat,
twoje ciało wciąż pozostaje bezwładne. Rozpinam koszulę idąc
przez szyję całuję twój obojczyk, nie podnosisz na mnie wzroku.
A
przecież nie pragnęłam tego. Kiedy cię poznałam, pomyślałam że
chcę w końcu kogoś pokochać ze wzajemnością. Ale nic z tego,
moja mroczna natura znów wygrała, pragnienie okazało się
silniejsze od uczuć. Nie mam ich. To ja jestem lalką, nie ty. A tym
którym pociąga za sznurki jest moje pożądanie.
***
Pod
wpływem twego dotyku przeszywa mnie dreszcz, mrożąc ciało od stóp
do głów. Nie okazuję emocji, staram się napiąć mięśnie,
ostatkiem sił się bronić, ale nie potrafię. Zawładnęłaś mną,
a ja stojąc przed tobą obnażony, wydarty z objęć niewinności
zanurzam się w sile twojego morderczego uroku.
Twoja
ręka swobodnie się przesuwa, rozpinasz biel mojej koszuli, nużysz
się moim zapachem niczym narkotykiem. Delikatnie odsuwasz kołnierz,
odsłaniając moje ramię. Zaciskam zęby, wiem co za chwilę
nastąpi, lecz nie mam siły się tobie sprzeciwić.
Rozpoczynasz
znów swą serię pocałunków, niczym miały by być one środkiem
który mnie otumani i znieczuli od zadawanego przez ciebie bólu.
Wkrótce spod twoich krwistoczerwonych ust wysuwa się para
śnieżnobiałych, ostrych kłów które bez wzruszenia zatapiasz w
mojej szyi. Z trudem udaje mi się powstrzymać jęk bólu, bo wiem
że sprawił by ci tylko satysfakcje. Zaciskam mocniej zęby, staram się nie
patrzeć w twoją stronę. Wiem jak wyglądasz. Widziałem cię tyle
razy kiedy robiłaś to innym, a mimo wszystko dałem się tobie
opętać. Nie posłuchałem się ani serca ani rozumu, nie uciekłem.
Posłuchałem się twojego delikatnego głosu. Delikatnego szeptu
domagającego się krwi.
Widzę
cię, twoje oczy niczym u drapieżnika otwierają się szerzej.
Zatapiasz głębiej ostre niczym zwisająca nad głową skazańca
brzytwa kły, chciwość nakazuje ci wypić więcej krwi. Zaciskasz
dłonie na moim ciele, wbijając swoje pazury. Odbierasz mi życie.
Kradniesz je. Złodziejka. Morderczyni.
Czuję
jak moje ciało staje się odrętwiałe, jak moje kości zaczynają
próchnieć aby wkrótce mogły zostać pogrzebane w odmętach
cmentarnej ziemi z której pochodzisz. Nie panujesz nad sobą. Budzę
się, muszę cię powstrzymać... nie nie ciebie, twoją naturę
mordercy która cię wyżera, pcha do okrutnych czynów do których
ty sama nie była byś zdolna.
Gwałtownym
ruchem cię odpycham i sięgam do najbliższej szuflady stojącej
nieopodal nocnej szafki. Wyciągam jej jedyną zawartość jaką jest
srebrzysty sztylet, zdobiony u uchwytu drogocennymi kamieniami.
Posyłam zimne spojrzenie w twoją stronę i mimowolnie się
uśmiecham widząc twój strach.
Z
miejsca skąd kradłaś mi życie wciąż płynie strumieniem krew,
brudząc swym rubinem strzępy koszuli. Moje uczucia do ciebie są
tak silne, za silne. Patrząc na ciebie, tak słabą, bezsilną,
pozbawioną morderczego instynktu, zrobię dla ciebie wszystko.
Przejdę otchłaniami piekieł, skonam w świetle wyżerającego
grzechu, zdołam się na uśmiech wydany ostatnim tchnieniem. A to
wszystko aby móc zobaczyć jak zniszczona upadasz. Upadasz w moje
ramiona skąpna krwią niewinnych którą za ciebie wylałem...

