Tytuł: Dziewczynka w zielonych kaloszach
Gatunek: One Shot
Od autora: Pomysł na to opowiadanie wpadł mi do głowy w dosyć tajemniczy, nagły sposób i przyznam, że to pierwsze opowiadanie bez wątku miłosnego jakie w przeciągu trzech lat udało mi się złożyć. Chciałam je dedykować komuś kto wiele lat temu miał przyjść na świat, lecz los zdecydował inaczej.
Kiedy studiowałam architekturę chodziłam do pobliskiego parku, niedaleko uczelni. Kochałam szkicować w miejscu zewsząd otoczona zielenią, eleganckimi ścieżkami i przystrzyżonymi parkanami. Jednak miejscem gdzie przesiadywałam godzinami okazała się być ławka nieopodal placu zabaw. Śmiech bawiących się ze sobą dzieci przywodził mi na myśl beztrosko spędzone dzieciństwo w rodzinnym miasteczku. Czasy kiedy wszystko wydawało się proste i swawolne, a twoim największym problemem był zakaz zjedzenia ciastka zanim na obiedzie wszystko nie zniknęło z talerza. Od razu w moim sercu robiło się cieplej.
Gatunek: One Shot
Od autora: Pomysł na to opowiadanie wpadł mi do głowy w dosyć tajemniczy, nagły sposób i przyznam, że to pierwsze opowiadanie bez wątku miłosnego jakie w przeciągu trzech lat udało mi się złożyć. Chciałam je dedykować komuś kto wiele lat temu miał przyjść na świat, lecz los zdecydował inaczej.
Kiedy studiowałam architekturę chodziłam do pobliskiego parku, niedaleko uczelni. Kochałam szkicować w miejscu zewsząd otoczona zielenią, eleganckimi ścieżkami i przystrzyżonymi parkanami. Jednak miejscem gdzie przesiadywałam godzinami okazała się być ławka nieopodal placu zabaw. Śmiech bawiących się ze sobą dzieci przywodził mi na myśl beztrosko spędzone dzieciństwo w rodzinnym miasteczku. Czasy kiedy wszystko wydawało się proste i swawolne, a twoim największym problemem był zakaz zjedzenia ciastka zanim na obiedzie wszystko nie zniknęło z talerza. Od razu w moim sercu robiło się cieplej.
Pewnego
dnia przyszłam jak zwykle w moje ulubione miejsce, aby naszkicować
kościelną wieżę ze zdobionymi fasadami. Skrobanie ołówka po
ziarnistym papierze, w takim otoczeniu działało na mnie ukajająco.
Jednak po pewnym czasie mój wzrok mimowolnie zaczął błądzić po
placu zabaw. Po kolorowych zjeżdżalniach, metalowych drabinkach,
drewnianych wieżyczkach i roześmianych dzieciach. Nagle moją uwagę
przykuła samotnie huśtająca się dziewczynka. Kiedy inne dzieci
bawiły się w swoim towarzystwie, pod czujnym okiem ich matek,
napotkana przez mój wzrok panienka smętnie machała nóżkami, na
których wisiały lekko za duże, jasno zielone kalosze.
Widok
dziecka mnie zaintrygował i zmartwił. Pomyślałam, że być może coś złego się wydarzyło i potrzebuje pomocy, ale jej strój
w niczym na to nie wskazywał. Dziewczyna nosiła szykowny szary
płaszczyk, a pod delikatną szyjką widniała zawiązana, kwiecista
apaszka. Kręcone, złotowłose włoski powiewały na wietrze, kiedy
się huśtała.
Po chwili
obserwacji zdecydowałam się z nią porozmawiać. Być może zgubiła
się w parku i nie wiedząc co robić przyszła do dobrze znanego jej
miejsca gdzie zawsze się bawiła. Scenariuszy było wiele. Schowałam
szkicownik wraz z zestawem ołówków do teczki i ruszyłam w stronę
skrzypiących huśtawek. Gdy podeszłam dziewczynka przestała się
bujać i spojrzała na mnie swoimi smętnymi, błękitnymi oczkami.
Miała gładkie, dziecięce rysy twarzy i lekko pulchne, zarumienione
policzki.
- Dlaczego
pani się nie bawi jak inni? - zagadnęła zanim zdążyłam się
odezwać.
Kucnęłam
i przekrzywiłam lekko głowę, zdziwiona jej pytaniem.
- Jestem
dorosła – lekko się uśmiechnęłam – A dorośli się nie bawią
na placach zabaw.
- Dorosłość
musi być w takim razie nudna.
Zasmucona
spuściła wzrok, na swoje lekko zabrudzone błotem kalosze.
- A ty
dlaczego się nie bawisz z innymi dziećmi?
Dziewczynka
spojrzała na resztę placu zabaw.
- Nie lubią
mnie. Chyba myślą, że jestem dorosła.
Spojrzałam
w tym samym kierunku, co ona. Inne dzieci rzeczywiście bawiły się
beztrosko, lepiąc zamki i babki w piaskownicy, grając w chowanego w
drewnianej twierdzy, przypominającej miniaturowy zamek. Żadne z
nich nawet nie spojrzało w naszą stronę.
Gdy
odwróciłam wzrok z powrotem na huśtawkę, dziewczynka z niej
zgrabnie zeskoczyła i biegiem rzuciła się przez park. Zdziwiona
wstałam i jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w znikające wśród
cieni drzew dziecko, niesfornie poruszające się w za dużych
kaloszach.
***
Następnego
dnia zauważyłam ją kiedy siedząc na ławce, cieniowałam na
rysunku kontury kolumn, kończąc rysunek. Z uśmiechem na twarzy,
dziewczynka podbiegła trzymając w drobnej, bladej rączce pęk
zżółkniętych liści, z wypełnionymi po brzegi kieszeniami
płaszcza świeżo zebranymi kasztanami.
- Dzień
dobry! - przywitała się.
Jej wygląd
diametralnie się zmienił. Niesforne loczki zniknęły, a zastąpił
je staranie wykonany koczek z kokardą. Płaszczyk miała tym razem
jaskrawo żółty, założony na rozkloszowaną sukienkę zdobioną
koronką. Jedyne co pozostało na swoim miejscu były za duże,
zielone kalosze, które zdążyły się na nowo zabrudzić świeżą
warstwą błota.
- Witaj –
uśmiechnęłam się – Znowu jesteś sama?
Dziewczynka
zignorowała pytanie i uniosła trzymane przez nią liście.
- Popatrz
co mam! - szczęśliwa potrząsnęła swoją zdobyczą.
- Bardzo
ładne – przyznałam.
-
Uzbierałam je dla mamy – oświadczyła dumnie.
Zaciekawił
mnie ten temat. Usiadłam, opierając teczkę ze szkicami o ławkę,
a moja młoda towarzyszka się dosiadła.
- Kiedy
przyjdzie na pewno jej się spodobają – zapewniłam ją z
uśmiechem, poprawiając okulary o grubych oprawkach.
Mina
dziewczynki nagle przybrała smutek, tracąc barwy radości.
- Boję się
o nią. Znowu się spóźnia.
- Twoja
mama? Oh, nie martw się. Jeśli chcesz możemy na nią razem
poczekać – starałam się ją pocieszyć.
Rozchmurzyła
się.
- Nie
trzeba, na pewno już tu zaraz będzie.
To mówiąc
zeskoczyła z ławki i roześmiana zaczęła biegać po placu zabaw.
Weszła na drewnianą wieżę i biegała po niej, pewno będąc
dzięki wyobraźni w zupełnie innym miejscu, jak to już dzieci mają
w zwyczaju. Zdziwiło mnie, że żadne z bawiących się maluchów
nie zagada do nowej koleżanki, lub nie zaproponuje wspólnej zabawy.
Nie podobało mi się to. Nie powinni ją odrzucać. Gdy tylko na nią
spojrzeli szybko odwracali wzrok i natychmiast się oddalali.
Przypomniało
mi to czasy, kiedy to ja byłam młodsza. Te niepamiętne okresy
życia, gdy ludzie mnie z niewiadomych powodów odrzucali, nie
zważając na moje uczucia. Zupełnie jak być był pustą, nic nie
wartą lalką porzuconą w piaskownicy. Niechcianą, nie kochaną.
Taką na którą ludzie spojrzą a potem obojętnie odwrócą wzrok.
Odrzuciła
od siebie te myśli. Wyjęłam szkicownik, aby dokończyć rysunek.
Rozejrzałam się tylko w poszukiwaniu dziewczynki, ale niczym
porywisty wiatr który zawieje w upalny dzień, tak jak nie wiadomo
skąd się pojawiła, tak samo zniknęła.
***
Coraz
bardziej lubiłam moją małą koleżankę. Niezależnie od pogody
przychodziłam codziennie do parku, i od razu ją spotykałam.
Podbiegała do mnie ze swoim dziecięcym uśmiechem, w jednym ze
swoich szykownych strojów, mówiąc co będziemy dzisiaj robić.
Rozmawiałyśmy na niestworzone tematy, sensowne tylko w oczach
dzieci, zbierałyśmy opadające liście i układałyśmy z nich
kolorowe kompozycje, spacerowałyśmy wyłożonymi brukiem ścieżkami.
Parę razy nawet poszłyśmy nad pobliską rzekę aby dokarmić
pływające tam kaczki i dryfujące majestatycznie pośród fal
łabędzie.
Wspaniale
było poczuć się znowu jak dziecko, nie myśleć o świecie
dorosłych, gdzie liczyła się zawartość twojego portfela, wygląd,
jaką masz pracę czy nawet samochód. Pięknie było zatracić się
w świecie należącym do wrażliwych marzeń, zabawy i szczerości
uczuć. Zatracić się w świecie należącym do niedoświadczonych,
niewinnych dzieci.
Pewnego
dnia dziewczynka powiedziała, że chce mnie narysować. Usiadłyśmy
na przeciwko siebie, przy kamiennym stoliku, gdzie zazwyczaj starsi
ludzie w słoneczny dzień rozgrywali partyjkę szachów. Podałam
jej kartkę i ołówki, które przyjęła z lekkim przymrużeniem
oka, gdyż jak to dzieci wolała kiedy rysunek mienił się kolorami.
Ja również wzięłam kawałek pergaminu i korzystając z moich
licealnych umiejętności, kiedy zdarzało mi się szkicować
portrety, zaczęłam kreślić pierwsze linie.
Rysując
starałam się uchwycić każdy szczegół jej twarzy. Jej lekko
zarumienione policzki, włosy układające się w długie, złociste
falę i gustowny czarny berecik komponujący się idealnie z
jesiennym płaszczykiem. Pomyślałam, że jeśli w przyszłości los
obdarzy mnie córką, to chciała bym aby była choć trochę podobna
do zapoznanej przeze mnie dziewczynki.
- Czy mogę
ci zadać pytanie? - spytała nagle i podeszła, dotykając mnie
swoją dziecięcą rączką. Jej lodowaty dotyk przeszył mnie od
stóp do głów.
-
Oczywiście – uśmiechnęłam się odrywając się od rysowania.
- Czy...
czy zostaniemy przyjaciółkami?
Nagłe
ciepło ogarnęło moje serce. Poczułam się poruszona, tym że
zasłużyłam na przyjaźń tej małej istotki. Otwarłam ramiona a
ona mocno się we mnie wtuliła. Czułam się wyróżniona i czułam
się szczęśliwa, że choć na chwilę mogę sprawić radość
osobie którą z pozoru nikt nie kochał. Osobie która wydawała się
być mną.
***
Następnego
dnia przyszłam na plac zabaw wcześniej niż zazwyczaj. Chciałam
jej pokazać portret który wczoraj wieczorem udało mi się
dokończyć i sprawić jej tym radość na jej roześmianej twarzy,
ale nigdzie nie zobaczyłam mojej małej przyjaciółki. Zdecydowałam
się poczekać, lecz minęły dwie godziny, a po dziewczynce nie było
widać śladu. Nie wiedząc co robić podeszłam do znanych mi z
twarzy matek, które zawsze przychodziły na plac zabaw ze swoimi
dziećmi. Pytałam się czy widziały może dzisiaj złotowłosą
dziewczynkę w zielonych kaloszach, która zawsze się tu bawi. W
odpowiedzi kręciły tylko przecząco głowami, natomiast kiedy
pytały swoje dzieci czy wiedzą coś na ten temat, te wybuchały
płaczem powtarzając, że chcą iść do domu.
Jedyne co
udało mi się znaleźć to dziecięcy szkic leżący u nogi ławki
gdzie zawsze przesiadywałam. Od razu rozpoznałam, że należy do
niej. Przedstawiał dwie postacie. Mnie i ją. Wyższa postać, za
pewnie ja, miała na nosie okulary, szeroki uśmiech i trzymała plik
szkiców. Na ten widok szczerze się uśmiechnęłam. Musiała włożyć
dużo pracy i serca. Niższa postać, została narysowana lekką,
niknącą kreską zupełnie jak by miała się za chwilę rozpłynąć.
Ledwo udało mi się dostrzec na delikatnej twarzyczce lekki uśmiech.
U dołu
widniało starannie wykaligrafowane jedno słowo, bez wątpienia
napisane jej bladą, drobną ręką. Jedno słowo.
''Dziękuję''
Nie
zobaczyłam jej już nigdy.
O matko, to było świetne! (Mówiłam już, że kocham twoje opowiadania?) Wyłapałam wprawdzie kilka literówek, czy tego typu drobne błędy, ale patrząc na ogół nawet się ich nie zauważa ;) Czekam na następne dzieła, które wyjdą spod twojego pióra <3
OdpowiedzUsuńNie wiem co powiedzieć, cudowne opowiadanie! Megaa mi się podobało, tak jak inne * o * te raz się będę zastanawiać, co się stało z tą dziewczynką... Jak mówiłam, Rose, tworzysz genialne opowiadania, czekam na więcej <3
OdpowiedzUsuńJakie to jest piękne! Niby takie krutkie lekkie opowiadanko a jednak niese ze sobą sporo pytań i skłania (przynajmniej mnie) do przemyśleń na pewne tematy. Szczerze się wzruszyłam. Podziwiam twój kunszt artystyczny bo z posta na post te opowiadania wydają mi się coraz lepsze. Trzymaj tak da;ej! Życzę weny!<3
OdpowiedzUsuń